
Małgorzata Plinta pracowała w oświęcimskim urzędzie miasta od 1979 r., przez 10 lat była skarbnikiem. Jak twierdzi jej kłopoty zaczęły się, gdy jej syn, dziennikarz lokalnego wydania "Dziennika Polskiego", opublikował krytyczne artykuły o prezydencie Oświęcimia Januszu Marszałku. - Gdy ukazywały się teksty Pawła, bałam się przychodzić do pracy. Na spotkaniach kierownictwa prezydent robił mi przytyki. Mówił, że mój syn to nie dziennikarz, ale pismak i głupek. I że jako matka powinnam go utemperować - opowiadała dziennikarzom, już po wniesieniu pozwu do sądu, Małgorzata Plinta. Jak twierdziła, po jednym z tekstów prezydent miał zadzwonić do niej, mówiąc, że nie życzy sobie jej więcej widzieć w urzędzie.
Prezydent Marszałek 16-krotnie wnioskował do rady miasta o odwołanie skarbniczki. Radni za każdym razem odmawiali. Ulegli przy 17. wniosku prezydenta, tłumacząc to "dobrem miasta". Jak opowiada Małgorzata Plinta, prezydent kazał odciąć jej dostęp do internetu, a w telefonie zablokowano połączenia międzymiastowe i na komórki. - Pewnego dnia zastałam zamknięte drzwi do swojego pokoju. Okazało się, że prezydent zabrał klucz. Przeniesiono mnie do jakiejś sutereny - opowiada Małgorzata Plinta.
Wyrok nie jest prawomocny, ale sąd już nakazał ściągnięcie na rzecz byłej urzędniczki wynagrodzenia za jeden miesiąc, czemu nadał rygor natychmiastowej wykonalności.