
![]() |
Wystawa w Muzeum Sztuki Nowoczesnej i międzynarodowa sesja, którą odbyła się w tam w piątek i sobotę, przynosi zmianę w postrzeganiu tej artystki. To już nie tylko "najwybitniejsza polska rzeźbiarka lat powojennych". To także, a nawet przede wszystkim, fascynująca rzeźbiarka europejska, która wyprzedziła sztukę feministyczną i sformułowała problemy, którymi sztuka zajmuje się do dziś. W sposób przejmujący, celny, ironiczny potrafiła powiedzieć o ciele, kobiecości, przemijaniu, seksie, chorobie, umieraniu. Jednocześnie miała dar radości, życiową i twórczą energię, wyobraźnię, talent, inteligencję, wreszcie piękno. A entuzjazm, z jakim mówią o niej ludzie z dotychczasowego "Zachodu", traktując ją nie jako artystkę z dalekiej Polski, ale jako swoją, pokazuje, że proces dowartościowania sztuki krajów Europy Środkowej i Wschodniej, który zaczął się jakiś czas temu i na początku przebiegał z trudem, rzeczywiście zaczyna przynosić rezultaty.
Na konferencji pojawiła się m.in. znakomita feministyczna historyk sztuki, międzynarodowa sława Giselda Pollock. Dla niej sztuka Aliny Szapocznikow jest równoległa z takimi zjawiskami jak twórczość Evy Hesse, Louise Bourgeois, Lyndy Benglis, artystek które szukając w rzeźbie własnego idiomu, stworzyły coś, w czym dzisiaj widzi się kobiece odchylenie w rzeźbie najnowszej, jej feministyczny odłam. Kobiety wprowadziły nowe spojrzenie na intymność i seksualność, nowe formy i specyficzne materiały.
Alina Szapocznikow np. była wielką eksperymentatorką: barwione poliestry, czarny pieniący się poliuretan - to wszystko fascynowało ją, prowokowało do nowych pomysłów i prób, pozwalało oderwać rzeźbę od postumentu, uwolnić ją od dawnego ciężaru brązu czy kamienia, a zbliżyć do przedmiotu, lampy, naczynia, wazonu.
Wystawa w MSN nie jest wielka, pokazuje bardziej kawałek niż całość, ale za to kawałek bardzo sugestywny. Jest tu odlana z gipsu "Noga", są autoportrety w formie wazoników na kwiaty, poliestrowe odlewy piersi złożone w kielichu i wreszcie poliestrowe różowe usta, które służyły jej do produkcji niezwykłych lamp. Podobno myślała o nich jako o produkcji seryjnej.
Wystawa skoncentrowana jest na jej twórczości z okresu po przyjeździe do Francji, czyli od roku 1963 do śmierci w 1973 r. w Paryżu. Bo właśnie w tym czasie artystka odeszła od tradycyjnej rzeźby i skupiła się na odlewach, odciskach i śladach ciała. Widzimy więc odlane w poliestrowych tworzywach ramiona, nogi, piersi, usta. Odbiera się je jako ślad prawdziwej osoby. Niesamowite jest spotkanie z osobą, z jej fizycznym śladem. Jej twórczość krąży wokół idei autoportretu, ale takiego, który jest mniej jak rzeźba, a bardziej jak fotograficzne "zdjęcie" jest bezpośrednim, mechanicznym, a nie rzemieślniczym odbiciem ciała. Odlewy, będące samodzielnymi rzeźbami albo włączane w rzeźby, są w skali ciała, co wzmaga wrażenie obecności. Wyjątkiem są wielkie "Brzuchy". Zostały odkute w marmurze w nadludzkiej, ogromnej skali w 1968 r. Stanowią własność muzeum w holenderskim Otterlo, skąd przyjechały na wystawę.
Równie mocne jest zestawienie prac artystki z dziełami współczesnych jej autorek. Są tu np. dwie niesamowite rzeźby Louise Bourgeois ukazujące zgromadzone razem jakieś zarodki, ziarna, kiełkujące grzyby. Jest w nich coś organicznego, seksualnego i jednocześnie odrażającego - towarzyszą im podobnie dwuznaczne, niemal brzydkie, kompozycje Aliny Szapocznikow z tworzyw sztucznych, rajstop i gąbki. Fantastyczne są rzeźby Słowaczki Marii Bartuszowej z lat 60. podobne do form z ciasta. Brak rzeźb Evy Hesse, ale są za to jej rysunki. Uzupełnieniem tej narracji są dwie artystki mówiące o wizerunku kobiet w sztuce - Pauline Boty tworząca w tym samym okresie co Szapocznikow i młoda polska artystka Paulina Ołowska.
Wystawa wydobywa mniej znane aspekty konceptualne sztuki Szapocznikow, jak utopijny z założenia pomysł ślizgawki w kraterze Wezuwiusza zatytułowany "Operazione Vesuvio". A o artystce trudno jest powiedzieć ostatnie słowo, tym bardziej że w pewnym sensie jej droga się właśnie rozpoczyna. Doskonale obecna w polskich muzeach i kolekcjach, ciągle jeszcze za mało jest wystawiana na Zachodzie. Nie ma jej w popularnych podręcznikach o twórczości kobiet XX wieku, nie mówiąc już o bardziej ogólnych kompendiach.
Syn artystki Piotr Stanisławski, który mieszka w Paryżu, ostatnie lata poświęcił na rozpropagowanie jej dorobku. Są już pierwsze sukcesy - zakupy prac do MoMA w Nowym Jorku i Centre Pompidou w Paryżu. Sukcesem była też wystawa "Documenta" w Kassel w 2007 r., gdzie pokazano "Fotorzeźby" (właśnie ze zbiorów Centre Pompidou) - cykl 20 fotografii przeżutej i wyplutej gumy do żucia, w której przypadkowych formach artystka odkryła rzeźbę.
Gdy pytam Stanisławskiego, co jest najtrudniejsze w tej pracy propagatora, odpowiada: - Nie zdradzić, nie pomylić się. To jest trudne, bo kiedy Alina zmarła, miałem 21 lat, a to wcale nie jest tak dużo. Starannie wybierać galerie i kolekcje i tak rozporządzać tym dorobkiem, by nie sprzeniewierzyć się temu, co ona sama chciała osiągnąć.