W szpitalu przy ulicy Reymonta przepracowała 14 lat, ostatnio jako instrumentariuszka na bloku operacyjnym. Pod koniec 2003 roku otrzymała z Wojskowej Komendy Uzupełnień skierowanie na rozmowę do powstającego we Wrocławiu 2. Szpitala Operacji Pokojowych. Pojechała bardziej z ciekawości niż potrzeby. - Było tam bardzo dużo dziewcząt, konkurencja olbrzymia. Moim głównym atutem było to, że pracowałam na bloku operacyjnym, a takich właśnie pielęgniarek potrzebowali - wspomina.
Po testach i szkoleniach w kwietniu 2004 roku została żołnierzem Szpitala Operacji Pokojowych. A 22 lipca Elżbieta Grodzka wsiadła w samolot i ruszyła na wojnę do Iraku.
- Jak wysiadłam, to byłam lekko przerażona. Tego nie da się opowiedzieć: koszmarny upał i piasek, który wciska się wszędzie. Po dwudniowej podróży ciężarówką w tumanach piachu, przy pięćdziesięciostopniowym upale, powiedziałam sobie, że teraz jestem w stanie w życiu wszystko wytrzymać - wspomina sierż. Grodzka.
Zaledwie po kilku miesiącach pobytu w Iraku przeżyła wypadek śmigłowca, w którym zginęło dwóch żołnierzy (pilot i technik pokładowy) oraz lekarz. - Kilka minut wcześniej rozmawiałam z nim. Lecieliśmy dwoma śmigłowcami. Oni sokołem, my z koleżankami Mi-8. Sokół spadł nagle na ziemię - wspomina.
Wyskoczyła natychmiast ze swego śmigłowca, by możliwie jak najszybciej ich ratować. Skręciła obustronnie kostkę. Mimo ogromnego bólu dobiegła, z powrotem musiała się już czołgać. Razem z koleżankami wyciągała z rozbitej maszyny rannych i opatrywała ich. Dowódca kontyngentu odznaczył ją oraz dwie jej koleżanki Krzyżem Zasługi za Dzielność.
Mimo to miała dość Iraku. Powiedziała sobie, że już tam nie wróci. Ale wróciła jeszcze trzy razy.
- Głównie jedzie się tam dla satysfakcji, jaką się ma po misji, jak się widzi efekty swojej pracy. Bo my nie tylko ratujemy życie naszym żołnierzom, ale także tym biednym Irakijczykom - wyznaje sierż. Grodzka.
Co roku pod patronatem sekretarza stanu USA ogłaszany jest międzynarodowy konkurs o miano "Kobiety Odwagi". Ma promować kobiety, które wykazały się wyjątkową odwagą oraz umiejętnościami przywódczymi w promowaniu spraw kobiet. Każdy kraj wystawia jedną reprezentantkę.
Za ub. rok do tytułu "Najodważniejszej Polki" wytypowano ponad dziewięćdziesiąt kandydatek. Ambasador USA Victor Ashe wybrał z nich st. sierżant Elżbietę Grodzką.Za główne jej atuty uznano wzorowe łączenie wykonywania wymagającego zawodu z byciem dobrą żoną i matką. W tym uzasadnieniu możemy przeczytać m.in.
"Sierżant Grodzka czterokrotnie zgłosiła się na ochotnika do wzięcia udziału w misji stabilizacyjnej w ogarniętym wojną Iraku, aby nie tylko służyć swemu krajowi, ale by pomagać Irakijczykom na ich drodze do wolności i demokracji. Pełniąc służbę w 2. Szpitalu Operacji Pokojowych przy Polskich Wojskach Lądowych, wielokrotnie wykazywała się wyjątkową odwagą w czasie misji w Iraku w obronie wolności i demokracji przed groźbą terroryzmu. Podczas swej pierwszej zmiany w Iraku została ranna w wypadku. Mimo odniesionych obrażeń zachowała spokój i natychmiast pospieszyła z pomocą ofiarom, które były w poważniejszym stanie".
Niedawno w ambasadzie USA wydano przyjęcie z okazji tytułu dla sierż. Grodzkiej. Otrzymała dyplom uznania, jak i statuetkę z godłem Stanów Zjednoczonych oraz mnóstwo życzeń i gratulacji. Ponadto za swoją wzorową postawę została skierowana przez komendanta 2. Szpitala Operacji Pokojowych na kurs oficerski w ramach przygotowań do objęcia stanowiska asystenta komendanta ds. pielęgniarstwa.
Gdy sierżant Elżbieta Grodzka przyleciała do Iraku, przeżyła pierwszy szok. - Wrażenie przy wysiadaniu z samolotu było niesamowite. Tego nie da się opowiedzieć. Wylecieliśmy w środku polskiego lata, ale naszego ciepła i tamtego upału nie da się w ogóle porównać. Tu niecałe 30 stopni, tam chyba ponad 50 w słońcu. Leciało nas 10 kobiet. Wszystkie byłyśmy świeżymi żołnierzami, nie znałyśmy się, byłyśmy nowym zespołem, nowym szpitalem, który się tworzył. Leciałyśmy w nieznane.
Wylądowały w Kuwejcie. Podróżowały przez pustynię na starach do połowy osłoniętych siatką, która miała częściowo chronić przed słońcem. Piasek był tak wszechobecny, że musiały założyć na twarze szpitalne maski operacyjne. Siedziały w maseczkach na twarzy, chusteczkach na głowie, w okularach przeciwsłonecznych i w pełnym umundurowaniu. Na to jeszcze nałożone kamizelki kuloodporne, a na chusteczkach hełmy.
- W pewnym momencie mijał nas młody chłopak prowadzący ciężarówkę z lodem w kostkach. Rzucił nam worek. Brałyśmy i wrzucałyśmy sobie pod odzież. To przynosiło chwilową ulgę - wspomina. - Po dwudniowej podróży ciężarówką w tumanach piachu, przy pięćdziesięciostopniowym upale, powiedziałam sobie, że teraz jestem w stanie w życiu wszystko wytrzymać - dodaje sierż. Grodzka.
Na pomoc ze skręconą nogą
A w bazie kolejny szok. Że przez całe 24 godziny na dobę trzeba być w stałej gotowości operacyjnej. Nie można sobie pozwolić nawet na pójście na chwilę do drugiego campu bez zameldowania o tym komukolwiek. - Wpadłyśmy w taki nawyk, że idąc do toalety, meldowałyśmy o tym którejś z koleżanek. To się może wydawać śmieszne, ale to po to, by w razie nagłej potrzeby w ciągu pięciu minut wszyscy byli na swoich stanowiskach. Od tego zależało ludzkie życie. Bo nikt nigdy nie wiedział, w którym momencie będą przywożeni ranni i trzeba będzie biec do stołu operacyjnego - zaznacza.
Podczas trzeciej zmiany polskiej misji w Iraku, na którą pojechała Grodzka, alarmy ogłaszano bardzo często. Zginęło wtedy najwięcej polskich żołnierzy, wielu zostało rannych. - Przeprowadziliśmy bardzo dużo zabiegów. Jakby tego było mało, nas samych dotknęła tragedia - mówi pani sierżant.
Zaledwie po kilku miesiącach pobytu w Iraku, 15 grudnia 2004 roku, przeżyła wypadek śmigłowca, w którym zginęło dwóch żołnierzy (pilot i technik pokładowy) oraz lekarz. - Zginął nasz okulista Jacek, bardzo dobry młody człowiek, świetny fachowiec. Kilka minut wcześniej rozmawiałam z nim. Lecieliśmy dwoma śmigłowcami. Oni sokołem, my z koleżankami Mi-8. Sokół spadł nagle na ziemię. Natychmiast zaczęłyśmy wyskakiwać z naszego śmigłowca, by możliwie jak najszybciej ich ratować. Wyskoczyłam odrobinę za szybko. Skręciłam obustronnie kostkę. Mimo ogromnego bólu, zdołałam dobiec w jedną stronę, w drugą musiałam się już czołgać - opowiada.
Polskie pielęgniarki zachowały wielką przytomność umysłu i zimną krew. Wyciągały z rozbitej maszyny rannych i czekając aż nadejdzie pomoc, opatrywały ich. A nogę sierżant Grodzkiej musiano na sześć tygodni włożyć w gips.
Dowódca kontyngentu, na mocy postanowienia prezydenta RP, odznaczył pielęgniarki Krzyżem Zasługi za Dzielność. Otrzymały go st. sierż. Grodzka, sierż. Teresa Bosacka (również z Opola, z brygady logistycznej) oraz mł. chor. Bernadeta Woś.
Mimo docenienia zasług Elżbieta miała dość Iraku. - Wyjeżdżając, myślałam, że już nigdy tam nie wrócę. Tym bardziej że byłam prawie pewna, iż do końca życia nie wsiądę do żadnego śmigłowca! Wciąż sobie powtarzałam: "nie mam ochoty tego Iraku już nigdy oglądać".
Muszę wrócić
Ale wróciła. Ba, wracała jeszcze trzy razy. - Propozycja wyszła od mojego dowódcy. Tworzył się zespół chirurgiczny w Iraku. Ponieważ piąta zmiana wyjechała bez zespołu chirurgicznego, trzeba było go szybko zorganizować. Przyszedł rozkaz utworzenia grupy chirurgicznej z lekarzy i pielęgniarek. Mój mąż stwierdził, że ja na to tylko czekałam - opowiada.
Czy tak było? - Powiadają, że jak się raz połknie tego wojennego bakcyla, to już człowieka trudno powstrzymać. Może to i prawda, ale głównie jedzie się dla satysfakcji, jaką się ma po misji, jak się widzi efekty swojej pracy. Bo my nie tylko ratujemy życie naszym chłopcom i tym z koalicji, ale także tym biednym Irakijczykom - mówi sierż. Grodzka.
Codziennie polskie służby medyczne przyjmują cywilnych pacjentów. Robią selekcję na tych, którym można pomóc od razu, i tych, których umawiają na inny dzień, czasami nawet do zabiegów operacyjnych. - Niestety, bywają tacy, którym nie jesteśmy w stanie pomóc, ale przynajmniej ich opatrujemy, dajemy nadzieję. Oni nam dziękują, mówiąc, że Allah nam to wynagrodzi. To strasznie wzrusza - przyznaje pani Elżbieta.
Ze strachem o swoje życie na wojnie jakoś sobie radzi. - Każdy z nas tam się boi, bo każdy widzi i wie, że może zginąć. I to wcale nie jest brak odwagi. Ale nie ma wyjścia, trzeba lęk przełamać i robić swoje. Ja nie daję się opanować myślom, że mogę zginąć. Powtarzam sobie w duchu, że mam wrócić do domu!
Sławek jest lepszą mamą
Do Opola przyjechała z Radomia za przystojnym, bardzo dobrze zbudowanym Sławomirem. Mają córki - Małgosię (15,5 roku) i 11-letnią Monikę. Będąc na misjach, strasznie oczywiście za nimi tęskni.
- Nachodzi co jakiś czas żal, że nie możesz właśnie teraz wziąć i przytulić się do dzieci, do męża. Na szczęście każdego dnia można dzwonić do domu na telefon stacjonarny i rozmawiać określony przydział czasu. Można także wysyłać SMS-y. Ale zdarza się również tak, że ja po trzy-cztery dni nie rozmawiałam z rodziną. Bo nie miałam czasu. A jak już miałam, to oni spali - opowiada.
Oczywiście najgorzej jest podczas świąt. - Znajdujemy sobie wtedy jakieś zajęcia, żeby nie myśleć o domu, żeby nie tęsknić. Gotowałyśmy więc bigos, lepiłyśmy pierogi. Żeby tylko poczuć się lepiej. Jak jest zgrana grupa, to człowiek nawet się nie spostrzeże, kiedy miną święta - zauważa sierż. Grodzka.
Cztery pobyty na misjach to ponad dwa lata poza domem. Zajmuje się nim i opiekuje córkami mąż. - Samodzielnie - podkreśla Grodzka. - Jak jestem w Iraku, to mam ogromny komfort psychiczny, że dzieciom żadna krzywda się nie stanie, bo jest z nimi Sławek. On potrafi być tatą i mamą. Śmieję się, że on chyba posiada większy instynkt macierzyński niż ja. Ma dużo cierpliwości dla córek i czasami za bardzo im pobłaża. Kiedy wracam, muszę je na powrót uczyć dyscypliny - śmieje się.
Teraz sierż. Grodzka jest chwilowo w domu. Myliłby się jednak ten, kto myśli, że sobie odpoczywa. Chociaż ma już skończone Studium Położnicze oraz studia magisterskie pedagogiczne na UO, dalej się uczy i doskonali. - Do końca czerwca muszę zdać bardzo trudny, specjalistyczny egzamin z języka angielskiego. A 2 lipca bronię pracę licencjacką w Państwowej Medycznej Wyższej Szkole Zawodowej w Opolu - mówi.
Źródło: Gazeta Wyborcza Opole